Friday, October 26, 2007
Wednesday, October 24, 2007
...dogonilam te moje kormorany...

wiesz, ostatnio sie duzo pozmienialo. pod wplywem, nazwijmy to - czegos - przczytalam calego tego bloga od deski do deski i stwierdzam, ze trauma minela. albo minela albo sie juz do niej tak przyzwyczailam, ze stala sie niezauwazalna. jest mi dobrze. czemu ten stan duszy i ciala zawdzieczam? bynajmniej spokojowi, ktory wprowadzilam w swoj swiat jakos niedawno i oby nic nie probowalo go burzyc. najwazniejssze to porzadki w mojej glowie i calej metafizycznej czesci mojej osoby. zakonczylam wszelkie szkodliwe znajomosci, troche lez bylo, jakies serce zlamane... egoistka ze mnie, ale o w ramach psychicznego uzdrowienia. poki co ogarniam rzeczywistosc, troche z glowa w chmurach... niektorzy mowia - uwazaj! bo spadniesz! a ja im na to sami spadajcie! i dalej sie bawimy...
komus nawet zawdzieczam poczucie pewnego bezpieczenstwa i ciepla, ktore uwalniane powoli i z duzym dystansem rozgrzewa... oh slodycz slodyczy...
klopoty wszelkie popeczkowalam i ukrecilam im lby zeby nawet nie probowaly cos tam krzyczec.
nauka... ah ta ontologia mnie meczy... czasami popadam w zwatpienie, ale wiesz... to chyba normalne.
wariatka ze mnie jak zawsze - poki co pragne nie ladowac... dopoki sie nie rozbije... wtedy znowu bedziemy sie martwic ale jak narazie bawmy sie slodko pysznie i kolorowo...
dzieki wszystkim tym, ktorzy sa wspoltworcami tego stanu...
chyba w koncu towarzysze w locie kormoranom:)















